Często Klienci przychodzą do mnie po poradę... mówią o sowich problemach, a potem pytają: no co radzisz Terapeuto? Co mam zrobić? Daj mi złoty środek na moje bolączki.
Czasem uświadomienie, że nikt nie wie lepiej niż Ty, co dla Ciebie dobre chwilę trwa. Czasem wynika to z tego, że przez całe życie ktoś robił coś za Ciebie, a czasem wynika z tego, że boisz się wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje. Lepiej wtedy ją przerzucić na kogoś innego, bo zawsze będzie można powiedzieć później, że to ten ktoś mi tak doradził, więc to i on jest winny. Można się będzie "schować" za kimś.
Ja mam na to inny pogląd:
Warto podejmować decyzje samodzielnie, ponieważ niezależnie od tego, kto i jak będzie Ci radził... i tak Ty poniesiesz ich wszystkie konsekwencje. Wtedy "inni", powiedzą że im przykro. Ale i tak Ty zostaniesz z tym, co nie Twoje, choć za swoje wziąłeś...
Warto też pamiętać, że każda rada, której udziela Ci rodzina/przyjaciel/znajomy, jest zawsze udzielana z poziomu jej doświadczeń, przeżyć, systemu wartości oraz co najważniejsze: OGRANICZEŃ. Np. gdy ktoś będzie doradzał mając za sobą system wartości oparty o ortodoksyjny katolicyzm, na pewno za wszelką cenę będzie zmierzał, aby zostać w związku, nie biorąc pod uwagę rozwodu. Osoba wychowana w duchu pracy na etacie, nie doradzi Ci robienia czegoś na własna rękę, bo to niebezpieczne, i tak dalej. Przykładów można mnożyć.
Kłopot polega na tym, że pewnie, gdy to czytasz myślisz sobie: "no jasne, przecież to takie oczywiste". Tylko nie kwestia wiedzy tutaj jest najważniejsza, ale tego, czy w sytuacjach kryzysowych pamiętasz o tym? czy jednak sięgasz po porady i na bazie tego jakie one są, podejmujesz decyzję?
Zatem warto szukać w sobie, bo tylko tam znajdziesz to, co na prawdę Twoje. Nawet jeśli droga do tego jest bardzo bardzo trudna, to na końcu i tak jest wspaniała nagroda. Twoje prawdziwe ja, które przy bliższym poznaniu najczęściej nie ma wątpliwości... tylko trzeba mu zaufać...
Koniec...
Zbiór subiektywnych myśli i refleksji na temat terapii, coachingu, procesu i szeroko rozumianego rozwoju osobistego.
poniedziałek, 27 stycznia 2014
niedziela, 19 stycznia 2014
Prawdziwe Ja, osobisty potencjał życiowy, czy los przynoszący kolejne rzeczy, na które bezrefleksyjnie trzeba się godzić?
Na czym w zasadzie polega proces odblokowywania potencjału? Dochodzeniu do swojego prawdziwego ja? Długo się nad tym zastanawiałem i chyba najprościej powiedzieć jest, że dawno temu, gdy człowiek jest bardzo małym człowieczkiem, wydarzają się w jego życiu różne sytuacje. Czasem miłe, przyjemne, a czasem bardzo trudne, przerażające, czy wręcz niewyobrażalnie obciążające. Czasem to może być przemoc psychiczna, a czasem może być fizyczna, czasem ogromnie wygórowane oczekiwania rodzica, kiedy indziej znów bardzo silna kontrola, albo wszystko na raz.
Różne typy zachowań charakterystycznych dla rodzin dysfunkcyjnych (DDD) oraz alkoholowych (DDA) powodują ogromne spustoszenie w psychice dziecka, później stającego się dorosłą osobą. Sieć powiązań i mechanizmów w jakich taka jednostka musiała dorastać w oczywisty sposób spowodowała zablokowanie potencjału, indywidualnej energii jaką każda jednostka rodząc się posiada. Psychologia Procesu (POP) mówi o tym, iż tworzą się wtedy progi i rozdział procesu na wtórny(ten którego nie akceptujemy w sobie) i pierwotny(ten który akceptujemy i się z nim utożsamiamy). Zwykle za progiem na wtórny proces jest ta część energii od której musieliśmy się jakoś odciąć w dzieciństwie. Np. grzeczne dziewczynki nie mogą się złościć. I później na wiele lat złość zostaje zablokowana, a dostęp do niej staje się bardzo trudny. Np. procesem wtórnym takiej osoby będzie ktoś, kto wyraża złość lub w jakiś sposób z niej korzysta dla siebie wspierająco.
Gestalt, znów mówi o mechanizmach unikania kontaktu z emocjami. A to one rodzą się w momencie trudnych sytuacji, np. gdy dziecko jest bite, albo karane, ale też w pozornie zwykłych sytuacjach życiowych. Rodzą się wtedy emocje, których nie sposób wtedy wyrazić, np. złość na rodzica, albo ogromny smutek.
I o co w tym wszystkim chodzi? A no o to najczęściej, o to, że bardzo często jednostki chcą to wszystko ułożyć na poziomie intelektualnym (bo przecież to nie ma żadnego znaczenia, to było i minęło, sprawa zamknięta) nie dopuszczając do siebie świadomości, ze nie jesteśmy tylko intelektem. Ze mamy tez świadomość emocjonalna i uczuciowa oraz posiadamy tak piękne i cudowne narzędzie do wyrażania nas w tym wymiarze, jak ciało. To w nim zakotwiczone są właśnie emocje i to wszystko, do czego głowa nie chce wracać. Później te emocje blokują się w ciele i przez wiele lat ograniczają je poprzez różnego rodzaju choroby, czy objawy psychosomatyczne. Mogą też „wybuchać” w najmniej odpowiednich momentach. Czy powodować dyskomfort we wchodzeniu w relacje, w realizowaniu swoich celów czy po prostu poczucia radości z życia na co dzień.
Ktoś kiedyś powiedział, ze jeśli Bóg traci nadzieje, to zsyła chorobę. Tak trochę jest. Nerwice, depresje, ataki nieuzasadnionej z pozoru agresji, to wszystko mogą być właśnie walczące o uwolnienie z ciała emocje. Skoro nie mogą normalnie, to muszą szukać innych dróg ujścia.
I wtedy właśnie pojawia się problem. Ktoś idzie do terapeuty i mówi: „no wylecz mnie, bo mam objawy, a wszystkie badania jakie udało się zrobić mówią, że jestem zdrowy”, najczęściej już na początku słychać, że coś się wcześniej zadziało. Że to nie było normalne. Ale do tego trzeba dopiero powoli dojść. Odkryć na nowo siebie i to co w środku. Poszukać swoich prawdziwych potrzeb i tych miejsc, gdzie coś się zablokowało. Gdzie nie płynie. A gdzie i jak nie płynie? oto kilka przykładów tego, z czym przychodzą Klienci z takich właśnie rodzin: "Ogólnie jest ok, ale cały czas czegoś mi w życiu brakuje", "jestem zbyt ambitny", "partner nie jest tak doskonały jakbym sobie tego życzyła", „perfekcjonizm, to moje drugie imię”, "zdarza mi się wybuchać agresją, lub coś rozwalać zupełnie bez powodu", "błache rzeczy wyprowadzają mnie z równowagi", "mam problem z opóźnianiem działania", "mam kłopoty z doprowadzaniem rzeczy do końca", "ciągle boje się, że mi się nie uda", "mam wrażenie, że każdy potrafi zrobić coś lepiej niż ja", „mam potworne lęki i wręcz napady paniki”.
Zwykle wtedy warto przyglądnąć się temu, co w nas zablokowane i skąd może to wynikać. A warto. Bo czasem kilka spotkań z Terapeutą potrafi zmienić postrzeganie świata, lub uświadomić, że z tymi problemami można pracować na dużo głębszym poziomie niż tylko poprzez szkolenia motywacyjne, dające kopa na kilka dni, lub książki wielkich mówców i „liderów biznesu”, którzy zarabiają zwykle właśnie na sprzedawaniu książek i podróżowaniu po świecie szkoląc z tego, co napisali w swoich książkach.
Czasem warto sięgnąć głębiej… poszukać zagubione części siebie i zacząć je - jak to mówi POP - integrować. Wtedy też pojawia się zmiana w życiu i poczucie, że my nim rządzimy, a nie ono nami. Że po prostu mamy na nie wpływ, a nie dryfujemy po różnych miejscach będąc tam z przypadku, a nie w wyniku własnych potrzeb i decyzji.
Koniec.
niedziela, 5 stycznia 2014
Analiza transakcyjna i "dorosłość"
Zgłębiając raz na czas założenia analizy transakcyjnej (która zakłada, że każdy w nas ma w sobie trzy osoby: dziecko, rodzic i dorosły) nasuwa mi się niemal samoczynnie refleksja, że problem niezaspokojonych potrzeb naszego wewnętrznego dziecka (miłość, akceptacja, możliwość popełniania błędów, wsparcie rodziców, itp) bardzo mocno kreuje później naszą osobowość.
Bo gdy jako dziecko nie dostaliśmy tego, czego potrzebujemy w tym okresie życia, okazuje się, że w życiu dorosłym jako właśnie "dorośli" nadal staramy się zaspakajać zachcianki dzieciństwa wchodząc na przykład w niedojrzałe związki, szukając w nich miłości rodziców, akceptacji, czy bezpieczeństwa i potem dziwiąc się, że się nie udaje, lub że to cały czas "nie jest to do końca". Budując dookoła twierdzę zbudowaną np. na sukcesie finansowym, czy wspaniałej karierze, czy wielu innych mechanizmów, które nazywam ucieczką przed swoim prawdziwym JA, a wspieraniem swojego fałszywego JA ludzie tacy uciekają od swoich prawdziwych potrzeb już dawno zapomnianych i od dawna nie realizowanych.
I tak oto spotyka się dziś na świecie pokolenie 30,40,50 latków, którzy pokazują jak się da swoją dorosłość, a większość nadal porusza się w obszarach wewnętrznego dziecka i jego niezaspokojonych potrzeb z dawnego okresu. Kwitują innych stwierdzeniami o tym, że przecież już tyle przeżyli i mają takie bogate doświadczenia.A Gdy popatrzysz na ich związki, partnerki jakoś dziwnie przypominają matki, a partnerzy jakoś dziwnie mają cechy ojców... Sytuacja w jakiej są jakoś dziwnie powiela się z tym jak funkcjonowali ich rodzice i jakoś dziwnie pokazuje te same ograniczenia z jakimi mierzyli się rodzice w dzieciństwie. W niektórych przypadkach, gdy pracuję z Klientami mógłbym nawet pokusić się o stwierdzenie, że to idealna kopia. Klienci opowiadając po kolei kawałki tego, co przeszli na początku ni jak nie są w stanie zobaczyć na pozór oczywistych podobieństw i wręcz bijących po oczach wzorcach i skryptach jakie dzień w dzień powielają, mówiąc "nigdy nie będę taki jak ojciec czy matka".A przepracowanie niezaspokojonych potrzeb z dzieciństwa na zasadzie "ja już z rodzicami mam wszystko wyjaśnione - było minęło", lub ostatnio przeze mnie zasłyszane - "ja jestem dumny, że ojciec mnie bił, bo dzięki temu wychował mnie na ludzi", w zasadzie tylko zdaje się potwierdzać nieświadomą niedojrzałość "dojrzałych" i dorosłych ludzi żyjących między nami. W pewnym sensie kawałka jaki prawdopodobnie każdy człowiek na jakimś obszarze podświadomości nosi.I czy bycie dzieckiem jest złe? Nie! wręcz bardzo potrzebne! Każdy z nas ma w sobie własne wewnętrzne dziecko. Jednak dopóki tłumienie jego potrzeb zabiera większą część reszty osobowości, nie pozwalając się rozwinąć zdrowemu i świadomemu "dorosłemu", czy "rodzicowi" całe życie jest zachwiane i nie ma w nim równowagi. A tylko przy prawidłowo funkcjonującym dziecku, dorosłym i rodzicu może pojawić się harmonia i prawdziwa radość życia. Taka swoista głębia doświadczania. I tylko wtedy można doświadczać życia takim jakim jest, bez budowania kolejnych iluzji jakimi dorosłe dzieci cały czas otaczać się muszą... Że są ważne, kochane, że nie potrzebują nikogo by być szczęśliwym, bo będąc samotnym nie można być przez nikogo zranionym, że sobie zawsze same poradzą, że w końcu ktoś (matka, ojciec) wreszcie doceni ich ponadludzkie wysiłki o udowodnienie w ich oczach swojej adekwatności...Zatem nasuwa się pytanie: a dlaczego zatem większość zostaje w tych skryptach, w przekonaniach wgranych im przez rodziców, w sposobie postrzegania świata wyniesionym z domu, mimo że to im przecież szkodzi i przeszkadza? Mimo, że nie żyją tak jak chcą i nie są zadowoleni? Ponieważ droga do odkrywania swojej własnej, jedynej i niepowtarzalnej historii dzieciństwa nie jest drogą łatwą i nie zawsze przyjemną, czasem wymagałaby tego, aby iluzje legły w gruzach, że może jednak bijący ojciec, to nie ktoś, kto dobrze wychowuje swoje dziecko, a co najwyżej niedojrzały tyran, że matka uwodząca swoje własne dzieci (mówiąca musisz się mną zaopiekować, bo kto jak nie ty?, zawsze będziesz lepszy od Tatusia) w okresie edypalnym, to nie normalka, tylko niedojrzałe dziecko, które samo nigdy miłości nie zaznało, zatem teraz stara się zaznać jej paradoksalnie od istot, które powinny od niej ją otrzymać... Świadomość, to czasem, zwłaszcza na początku tej drogi ciężar, a jednak... tylko ta droga daje możliwość odszukania, poznania i wydobycia swojego wewnętrznego potencjału, który drzemie w każdym z nas.I tylko ta droga daje prawdziwą możliwość życia własnym życiem, a nie realizowaniem skryptów z dzieciństwa (będę taki jak matka/ojciec), lub anty skryptu (będę zupełnie inny niż matka/ojciec).I tylko ta droga daje możliwość podejmowania decyzji na bazie świadomego Dorosłego przy zachęcającej zgodzie Rodzica i naturalnym zachwycie Dziecka. Innymi słowy: życia prawdziwą pełnią i przezywania każdej chwili jak najwspanialszego prezentu jaki został nam dany.
koniec.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
