czwartek, 13 lutego 2014

Rozwój osobisty,a przekonania związane z wiarą.

Najczęściej wychowywali nas Katolicy. Pisze najczęściej, bo oczywiście zdarzają się inne wyznania, jednak w czasach kiedy chodziłem do podstawówki (lata '90) to tak na prawdę wszystko co było inne i mające inne korzenie, było najczęściej złem, które trzeba tępić i unikać. Wynikało to z przekonań przekazywanych dalej z dziada-pradziada na coraz młodsze pokolenia.
Do tej pory pamiętam, jak mieliśmy w klasie Świadka Jehowy i udało jej się przetrwać napór reszty klasy, tylko dlatego, że była najlepszą uczennicą i w związku z tym pasowało mieć z nią dobre relacje.

No ale, do rzeczy... W procesie terapeutycznym nie ma żadnego problemu z tym, w co i kto wierzy. To zawsze indywidualna sprawa Klienta i nie ma to wpływu na terapie, jednak często przyglądam się temu, jak ograniczenia wynikające z wiary w naszym kraju mogą się przekładać na życie dorosłych już ludzi...

Otóż wielokrotnie spotykam się na sesjach z Klientami, którzy większość swoich problemów mają ze względu na przekonania jakie wynieśli z domu. I chodzi tutaj o przekonania własnie związane z obszarem bardzo delikatnym, jakim jest wiara. Cytat wspaniałego psychoterapeuty, Jezutity, Chrześcijanina - Anthonego de Mello zdaje się świetnie wpasowywać w moje przemyślenia.

"Jestem wychowana przez ortodoksyjnych Katolików, i nie mogę rozejść się z mężem, który pije" ostatnio usłyszałem. Rodzice bardzo często przekazują nam to w co sami wierzą. Kłopot polega na tym, że bardzo często realizacja tych przekonań w życiu staje się warunkiem miłości rodziców, bądź akceptacji i braku odrzucenia.

Słyszałem też jak kiedyś mężczyzna opowiadał, że jest wściekły na rodziców za to, że zmuszali go do chodzenia do kościoła i niejako traktowali to jako prawdę jedyną i objawiona. Mówił o tym, że kwestia przekonań tworzonych na tle błędnych najczęściej interpretacji tego, co mówiła ich wiara w domu była niejako podstawą życia. Dorastał w niemożności sprzeciwu, ponieważ ten zawsze kończył się w sposób przykry dla niego (albo matka się nie odzywała, albo robiła się wściekła). Złość z tego powodu tłumi już od dobrych nastu lat. Po drodze pojawiły się ataki nerwicowe oraz zachowania kompulsywne.

Kolejny obszar przekonań to seksualność. Często mówi się o tym, że grzech. Mało tego nie dość, że grzech, to jeszcze ciężki. Wiele razy spotykałem się z problemami seksualnymi w związku i pod głębszym eksplorowaniu tematu okazywało się, że w domu o seksie się wcale nie rozmawiało, a jeśli już, to na zasadzie tylko i wyłącznie zła koniecznego. "To coś brudnego", "o tym się nie rozmawia na głos!", często powtarzają później zdania słyszane w domach rodzinnych Klienci.
Pierwszy okres, nazwy narządów, to temat tabu. Pierwsza dziewczyna lub chłopak od razu budził u rodziców niepokój, żeby z tego przypadkowych dzieci nie było, bo co ludzie powiedzą? Kiedyś na grupie terapeutycznej słyszałem,że matka kazała się wyspowiadać uczestniczce jak ta dostała swój pierwszy okres...

Tymczasem, w dziecku jest naturalna seksualność i to po stronie rodziców jest zadbanie o to, aby rozwijała się ona we właściwy sposób - z poszanowaniem granic i rozmową, a nie unikaniem tych tematów. To jedna z ważniejszych części nas, to później na tym tle rodzą się problemy z bliskością, intymnością, akceptacją, itp.
Dbanie o tę sferę jest bardzo istotne. A zaniedbanie jej może być wręcz opłakane w skutkach.

Dodatkowo sama idea grzechu pierworodnego wydaje się być z punktu widzenia terapii bardzo interesującym przekonaniem i ograniczeniem zarazem. Nic nie zrobiłem, a już mam grzech i muszę cierpieć. Za kogoś, a nie za siebie. Czyż to nie piękny sposób pokazania, że odpowiedzialność za swoje działania, to dość płynny temat. To trudne brzemię na następne kilkadziesiąt lat życia. Łącząc to z systemem nagród (niebo) i kar (piekło) mamy tzw. komplet punktów. Jeśli będę jakiś - taki jak wymaga tego ode mnie najczęściej rodzic zasłaniając się wiarą - czeka mnie nagroda - niebo, jeśli będę nie taki - czeka mnie kara - piekło.

Owe punkty później pięknie wyskakują niczym kwiatki w relacjach przyjacielskich i partnerskich. Wiele zahamowań i ograniczeń mających swój początek właśnie w obszarze przekonań religijnych niesiemy później przez całe życie. I albo nadjedzie dzień, w którym przyglądniemy się im bliżej i wybierzemy, które z nich są faktycznie w zgodzie z nami, albo do końca życia już nie zrobimy wielu rzeczy zgodnych z naszym prawdziwym "ja", ponieważ będzie to godzić, np w sposób w jaki byliśmy wychowani. I w przekonania jakie wynieśliśmy z domu.

Od pewnego czasu powtarzam, że jeśli chodzi o wiarę, to warto dziecku ją pokazywać i do niej zachęcać, dawać samemu dobry przykład, dając wybór i akceptować inność, a nie nakazywać i zmuszać, szantażując dziecko, że jeśli tego nie zrobi, to rodzic będzie na niego zły. Później i tak najczęściej nic z tego nie ma, po za bardzo silnym wewnętrznym konfliktem. Bo jak dziecko ma interpretować polecenia rodziców, do których oni sami się w swoim życiu nie stosują choćby w najmniejszej miarze...


koniec.

środa, 5 lutego 2014

Terapia - oczekiwania vs rzeczywistość cz.1

Bardzo często zdarza mi się spotykać z taką opinią. że chodzenie na terapię ma komuś poprawiać samopoczucie lub z sesji na sesje ma być lepiej.

Zdarza się, że rzeczywiście tak jest, choć zdecydowanie częściej bywa tak, że...

Otóż proces każdego człowieka toczy się w bardzo różny sposób. Bardzo często, aby iść do przodu, najpierw trzeba pójść kilka kroków wstecz. Proces toczy się również swoimi prawami. Często Klienci przychodzą na kolejne sesje z "amnezją" i pracę trzeba niejako zaczynać od początku. O co chodzi? Otóż jeśli na sesji zadzieje się dla Klienta coś bardzo ważnego, być może trudnego, na co jeszcze w jakiś sposób nie był gotowy, to jego organizm musi sobie z tym jakoś poradzić i wtedy może nastąpić całkowite wyparcie tego, co na sesji się zadziało.
To ważny sygnał w ich procesie i miejscu gdzie są.
Czasem znów, ktoś zaczyna na danej sesji spotykać się z emocją dla siebie trudną (np. złość na kogoś), a na następnej sesji zaczyna pracować, nad zupełnie innym problemem. Jakby owej złości wcale nie było. I czasem tyle wystarczy, a czasem Klient musi się oswoić z nową sytuacją. Z nowym doświadczeniem. Musi je w sobie zintegrować, a to często wymaga czasu.

Inny rodzaj pogorszenia samopoczucia w trakcie procesie terapeutycznego, to moment, gdy po pierwszych sesjach, gdzie Klient czuje się dużo lepiej, nagle zaczyna wchodzić w siebie trochę głębiej i zaczyna sobie uświadamiać dla siebie trudne kwestie, do których wcześniej nie miał zwyczajnie dostępu. To często moment, kiedy następuje załamanie lub zniechęcenie, ponieważ najczęściej uświadomienia wiążą się np. z przeżyciem smutku wiele lat temu "zakopanego", z wyrażeniem złości, od dawna tłumionej. To może powodować, iż nagle opada maska, którą na co dzień taki Klient nosił i zaczyna się praca na innym poziomie i najczęściej też na innym obszarze. Czasem wiąże się to z uświadomieniami, że coś trzeba w życiu zmienić, albo tkwi się w toksycznej relacji, która już dawno przestała być tym, co sobie ktoś zakładał.

Warto też pamiętać, że jeśli przez całe życie bliżej mi do obszaru intelektualnego, to gdy nagle zacznę czuć i przeżywać, to najczęściej musi na chwile zrobić się inaczej. Może i trudniej. Ale na pewno docelowo dużo bardziej pełnie. Bo o to właśnie chodzi. Aby w pełni doświadczać tego, co nas spotyka i aby móc sobie radzić z sytuacjami w sposób dla nas konstruktywny i wspierający, a nie destrukcyjny. A do tego potrzebne są emocje i umiejętność bycia ich twórcą, a nie ofiarą.

koniec.