Najczęściej wychowywali nas Katolicy. Pisze najczęściej, bo oczywiście zdarzają się inne wyznania, jednak w czasach kiedy chodziłem do podstawówki (lata '90) to tak na prawdę wszystko co było inne i mające inne korzenie, było najczęściej złem, które trzeba tępić i unikać. Wynikało to z przekonań przekazywanych dalej z dziada-pradziada na coraz młodsze pokolenia.
Do tej pory pamiętam, jak mieliśmy w klasie Świadka Jehowy i udało jej się przetrwać napór reszty klasy, tylko dlatego, że była najlepszą uczennicą i w związku z tym pasowało mieć z nią dobre relacje.
No ale, do rzeczy... W procesie terapeutycznym nie ma żadnego problemu z tym, w co i kto wierzy. To zawsze indywidualna sprawa Klienta i nie ma to wpływu na terapie, jednak często przyglądam się temu, jak ograniczenia wynikające z wiary w naszym kraju mogą się przekładać na życie dorosłych już ludzi...
Otóż wielokrotnie spotykam się na sesjach z Klientami, którzy większość swoich problemów mają ze względu na przekonania jakie wynieśli z domu. I chodzi tutaj o przekonania własnie związane z obszarem bardzo delikatnym, jakim jest wiara. Cytat wspaniałego psychoterapeuty, Jezutity, Chrześcijanina - Anthonego de Mello zdaje się świetnie wpasowywać w moje przemyślenia.
"Jestem wychowana przez ortodoksyjnych Katolików, i nie mogę rozejść się z mężem, który pije" ostatnio usłyszałem. Rodzice bardzo często przekazują nam to w co sami wierzą. Kłopot polega na tym, że bardzo często realizacja tych przekonań w życiu staje się warunkiem miłości rodziców, bądź akceptacji i braku odrzucenia.
Słyszałem też jak kiedyś mężczyzna opowiadał, że jest wściekły na rodziców za to, że zmuszali go do chodzenia do kościoła i niejako traktowali to jako prawdę jedyną i objawiona. Mówił o tym, że kwestia przekonań tworzonych na tle błędnych najczęściej interpretacji tego, co mówiła ich wiara w domu była niejako podstawą życia. Dorastał w niemożności sprzeciwu, ponieważ ten zawsze kończył się w sposób przykry dla niego (albo matka się nie odzywała, albo robiła się wściekła). Złość z tego powodu tłumi już od dobrych nastu lat. Po drodze pojawiły się ataki nerwicowe oraz zachowania kompulsywne.
Kolejny obszar przekonań to seksualność. Często mówi się o tym, że grzech. Mało tego nie dość, że grzech, to jeszcze ciężki. Wiele razy spotykałem się z problemami seksualnymi w związku i pod głębszym eksplorowaniu tematu okazywało się, że w domu o seksie się wcale nie rozmawiało, a jeśli już, to na zasadzie tylko i wyłącznie zła koniecznego. "To coś brudnego", "o tym się nie rozmawia na głos!", często powtarzają później zdania słyszane w domach rodzinnych Klienci.
Pierwszy okres, nazwy narządów, to temat tabu. Pierwsza dziewczyna lub chłopak od razu budził u rodziców niepokój, żeby z tego przypadkowych dzieci nie było, bo co ludzie powiedzą? Kiedyś na grupie terapeutycznej słyszałem,że matka kazała się wyspowiadać uczestniczce jak ta dostała swój pierwszy okres...
Tymczasem, w dziecku jest naturalna seksualność i to po stronie rodziców jest zadbanie o to, aby rozwijała się ona we właściwy sposób - z poszanowaniem granic i rozmową, a nie unikaniem tych tematów. To jedna z ważniejszych części nas, to później na tym tle rodzą się problemy z bliskością, intymnością, akceptacją, itp.
Dbanie o tę sferę jest bardzo istotne. A zaniedbanie jej może być wręcz opłakane w skutkach.
Dodatkowo sama idea grzechu pierworodnego wydaje się być z punktu widzenia terapii bardzo interesującym przekonaniem i ograniczeniem zarazem. Nic nie zrobiłem, a już mam grzech i muszę cierpieć. Za kogoś, a nie za siebie. Czyż to nie piękny sposób pokazania, że odpowiedzialność za swoje działania, to dość płynny temat. To trudne brzemię na następne kilkadziesiąt lat życia. Łącząc to z systemem nagród (niebo) i kar (piekło) mamy tzw. komplet punktów. Jeśli będę jakiś - taki jak wymaga tego ode mnie najczęściej rodzic zasłaniając się wiarą - czeka mnie nagroda - niebo, jeśli będę nie taki - czeka mnie kara - piekło.
Owe punkty później pięknie wyskakują niczym kwiatki w relacjach przyjacielskich i partnerskich. Wiele zahamowań i ograniczeń mających swój początek właśnie w obszarze przekonań religijnych niesiemy później przez całe życie. I albo nadjedzie dzień, w którym przyglądniemy się im bliżej i wybierzemy, które z nich są faktycznie w zgodzie z nami, albo do końca życia już nie zrobimy wielu rzeczy zgodnych z naszym prawdziwym "ja", ponieważ będzie to godzić, np w sposób w jaki byliśmy wychowani. I w przekonania jakie wynieśliśmy z domu.
Od pewnego czasu powtarzam, że jeśli chodzi o wiarę, to warto dziecku ją pokazywać i do niej zachęcać, dawać samemu dobry przykład, dając wybór i akceptować inność, a nie nakazywać i zmuszać, szantażując dziecko, że jeśli tego nie zrobi, to rodzic będzie na niego zły. Później i tak najczęściej nic z tego nie ma, po za bardzo silnym wewnętrznym konfliktem. Bo jak dziecko ma interpretować polecenia rodziców, do których oni sami się w swoim życiu nie stosują choćby w najmniejszej miarze...
koniec.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz